

Dla tych, którzy żyją zakrętami i widokami, które zapierają dech w piersiach. Alpy bez kompromisów.
Są wyjazdy motocyklowe, podczas których celem jest konkretne miejsce. I są takie, podczas których celem jest sama droga. Wielka Pętla Alpejska zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
Przez 10 dni (+2 dojazd/powrót) chcemy przejechać Alpy na porządnie i bez skrótów. Zaczynamy w Austrii, później przecinamy Szwajcarię, docieramy nad Jezioro Genewskie i wjeżdżamy we francuskie Alpy. Stamtąd kierujemy się coraz dalej na południe, aż do Lazurowego Wybrzeża, żeby następnie odwrócić motocykle na północ i rozpocząć powrót przez jedne z najlepszych alpejskich dróg Europy.
Po drodze będą zarówno przełęcze znane każdemu motocykliście, jak i małe drogi, których nazw prawdopodobnie nigdy wcześniej nie słyszeliśmy. Będą wysokie Alpy, serpentyny, kaniony, jeziora, francuskie miasteczka, śródziemnomorskie wybrzeże, Route des Grandes Alpes, Stelvio i Dolomity.
Nie jedziemy jednak po to, żeby zaliczać kolejne przełęcze i robić zdjęcia przy tablicach z wysokością. Chcemy przede wszystkim dobrze jeździć. Unikamy autostrad wszędzie tam, gdzie mają sens boczne drogi, wybieramy przełęcze zamiast tuneli i nie próbujemy każdego dnia za wszelką cenę realizować sztywnego planu.
Noclegi rezerwujemy najczęściej na bieżąco, wiedząc mniej więcej, gdzie chcemy znaleźć się wieczorem. Dzięki temu dobra pogoda może wydłużyć dzień, ciekawa droga może zmienić plan, a miejsce, które szczególnie nam się spodoba, może zatrzymać nas na dłużej.
Każdego ranka pakujemy rzeczy, uruchamiamy nawigację i przez następne kilka godzin mamy właściwie tylko jedno zadanie: sprawdzić, co znajduje się za kolejną przełęczą.
W tym artykule nie chcę jednak tylko opowiedzieć naszej podróży. Chcę stworzyć gotową inspirację dla motocyklisty, który sam chciałby przejechać Wielką Pętlę Alpejską. Dlatego przy każdym dniu znajdziesz przebieg trasy, przełęcze i miejsca warte zatrzymania, nasze doświadczenia, praktyczne wskazówki oraz informacje o tym, co następnym razem zrobilibyśmy inaczej.
Bo jeśli masz motocykl, kilkanaście wolnych dni i lubisz zakręty, istnieje spore ryzyko, że po przeczytaniu tej relacji zaczniesz sprawdzać kalendarz.
Ruszamy. Przed nami cztery kraje, tysiące kilometrów i jedne z najlepszych motocyklowych dróg w Europie.
Blog pisany w trakcie podróży – wrzesień 2026r.

Pierwszy dzień zaczynamy w St. Wolfgang nad Wolfgangsee, w samym sercu austriackiego Salzkammergut. To region kilkudziesięciu jezior otoczonych wapiennymi szczytami, znany z takich miejsc jak Hallstatt, Bad Ischl czy właśnie St. Wolfgang. Jeśli macie więcej czasu, warto przeznaczyć na tę okolicę osobny dzień.
Z St. Wolfgang ruszamy w stronę Lienbachsattel. Wjazd na drogę jest płatny – około 8 euro za motocykl. To wąska, lokalna droga prowadząca przez lasy i alpejskie hale, z niewielkim ruchem i dużą liczbą zakrętów. Nie jest to jedna ze słynnych wysokich przełęczy, ale motocyklowo zdecydowanie warto ją włączyć do trasy.
Dalej jedziemy przez Pass Lueg, historyczne przejście pomiędzy masywami Tennengebirge i Hagengebirge. Od wieków prowadził tędy ważny szlak przez Alpy, wykorzystujący naturalne zwężenie doliny Salzach.
Kolejnym punktem jest Filzensattel. Przełęcz nie imponuje wysokością, ale droga jest bardzo przyjemna motocyklowo – dużo zakrętów, niewielkie miejscowości, pastwiska i klasyczny krajobraz austriackich Alp.
Następnie przez Grießen Pass kierujemy się w stronę Tyrolu. To historyczne połączenie Salzburga z Tyrolem, prowadzące pomiędzy Alpami Kitzbühelskimi a masywem Loferer Steinberge. Stąd część trasy pokonujemy już szybciej, wykorzystując autostradę do transferu w kierunku Szwajcarii.
Najważniejszym punktem drugiej części dnia jest Flüelapass – 2383 m n.p.m. Przełęcz łączy okolice Davos z Engadyną i należy do najciekawszych dróg motocyklowych Gryzonii. Im wyżej, tym krajobraz staje się bardziej surowy: znikają drzewa, pojawiają się skały, niewielkie wysokogórskie jeziora i otwarta przestrzeń.
Flüelapass była kiedyś ważnym szlakiem komunikacyjnym. Po otwarciu tunelu Vereina znaczna część ruchu przeniosła się pod góry, dzięki czemu stara droga przez przełęcz ma dziś przede wszystkim znaczenie turystyczne. Dla motocyklistów to zdecydowanie lepsza opcja niż tunel.
Po zjeździe z Flüeli jedziemy przez Gryzonię (Graubünden) w kierunku Thusis. To największy kanton Szwajcarii i jeden z najlepszych regionów tego kraju do jazdy motocyklem. W stosunkowo niewielkiej odległości znajdują się tu m.in. Albula, Julier, Splügen i San Bernardino, więc bez problemu można zbudować kilka dni tras opartych wyłącznie na przełęczach Gryzonii.
Dzień kończymy w Hotelu Reich niedaleko Thusis. To dobra baza wypadowa przed kolejnym etapem przez szwajcarskie Alpy.
Pierwszy dzień daje bardzo dobry przekrój Alp: jeziora Salzkammergut, mniejsze austriackie przełęcze, szybki transfer przez Tyrol i na zakończenie pierwsza naprawdę wysoka przełęcz – Flüelapass.

Drugi dzień to już Szwajcaria na całego. Ruszamy z okolic Thusis i kierujemy się w stronę Oberalppass – 2044 m n.p.m. Przełęcz łączy kantony Gryzonia i Uri, a charakterystycznym punktem na jej szczycie jest czerwona latarnia morska. Nie znalazła się tutaj przypadkiem – niedaleko przełęczy znajdują się źródła Renu, który stąd rozpoczyna ponad 1200-kilometrową drogę w kierunku Morza Północnego.
Z Oberalppass zjeżdżamy w stronę Andermatt. To jedno z najlepszych miejsc do planowania motocyklowych tras w Szwajcarii – w niewielkiej odległości spotykają się drogi prowadzące na Oberalp, Furkę, Grimsel, Gotthard i Susten.
My wybieramy Furkapass – 2429 m n.p.m., jedną z najbardziej rozpoznawalnych przełęczy Szwajcarii. Droga jest wąska, miejscami pozbawiona zabezpieczeń i prowadzi wysoko ponad doliną Rodanu. To właśnie na Furce kręcono sceny do filmu o Jamesie Bondzie „Goldfinger” z 1964 roku. Przy drodze stoi również charakterystyczny, nieczynny dziś Hotel Belvédère, który przez lata był jednym z najbardziej fotografowanych hoteli w Alpach.
Tuż obok znajduje się lodowiec Rodanu (Rhone Glacier) – miejsce, z którego bierze początek Rodan. Rzeka, którą spotykamy tutaj jako niewielki górski potok, kilkaset kilometrów dalej przepływa przez Jezioro Genewskie, Lyon i uchodzi do Morza Śródziemnego.
Po Furce praktycznie od razu czeka kolejny mocny punkt – Grimselpass – 2164 m n.p.m. Charakter tej przełęczy jest zupełnie inny. Wysokogórski krajobraz uzupełniają ogromne zapory i sztuczne jeziora wykorzystywane przez szwajcarskie elektrownie wodne. Szeroki asfalt i dobrze wyprofilowane zakręty sprawiają, że Grimsel jest jedną z tych dróg, na których sama jazda daje wyjątkowo dużo frajdy.
Po zjeździe z wysokich Alp jedziemy przez Brünigpass – 1008 m n.p.m. To bardziej ruchliwa i znacznie niższa przełęcz łącząca okolice Lucerny z regionem Berner Oberland. Nie ma spektakularnego wysokogórskiego charakteru Furki czy Grimsel, ale stanowi naturalne przejście do kolejnej części trasy.
Dalej kierujemy się na zachód, w stronę francuskojęzycznej części Szwajcarii. Po drodze pokonujemy Col du Pillon – 1546 m n.p.m., prowadzącą pomiędzy Gstaad a Les Diablerets. Nad przełęczą góruje masyw Glacier 3000, a sam region wyraźnie różni się od surowych krajobrazów Furki i Grimsel – pojawiają się zielone doliny, drewniane szwajcarskie domy i bardziej łagodny krajobraz.
Końcówka dnia prowadzi w dół w stronę Jeziora Genewskiego (Lac Léman). To jedno z największych jezior Europy Zachodniej, położone na granicy Szwajcarii i Francji. Po całym dniu spędzonym na przełęczach zejście z ponad 2400 metrów nad ogromne jezioro jest świetnym zakończeniem etapu.
To jeden z najmocniejszych dni całej trasy pod względem przełęczy: Oberalp, Furka i Grimsel tworzą kapitalny motocyklowy zestaw, a Col du Pillon prowadzi nas już w zupełnie inny krajobraz zachodniej Szwajcarii.

Rano zostawiamy za plecami Jezioro Genewskie i ruszamy na południe. Początkowo jeszcze spokojnie, przez francuskie miejscowości i zielone doliny, ale z każdym kilometrem krajobraz zaczyna się zmieniać. Drogi robią się węższe, zakrętów przybywa, a przed nami pojawiają się coraz wyższe alpejskie szczyty.
To właśnie dzisiaj Droga Wielkich Alp pokazuje swoje bardziej surowe oblicze. Wspinamy się coraz wyżej, przekraczając kolejne przełęcze, aż w końcu droga prowadzi nas ponad 2500 metrów n.p.m. Tutaj kończy się zieleń, a zaczynają skały, ogromne przestrzenie i serpentyny przyklejone do zboczy gór.
Najważniejszym punktem dnia jest Col du Galibier – jedna z najbardziej znanych przełęczy francuskich Alp. To jedno z tych miejsc, dla których przyjeżdża się tutaj motocyklem: monumentalne góry, chłód na szczycie i droga, która wygląda, jakby ktoś narysował ją na zboczu tylko dla przyjemności kierowcy.
Potem znów w dół, kolejne doliny, kolejne zakręty i długa droga na południe. Alpy nie odpuszczają praktycznie do samego końca. Do Gap docieramy dopiero wieczorem – zmęczeni, ale po jednym z tych dni, które zostają w pamięci na długo.
455 km. Ponad 12 godzin w drodze – to zdecydowanie za dużo, ale 2h i 100 km dołożyliśmy przez zamkniętą przełęcz.

Czwarty dzień zaczynamy w Gap. Przed nami prawie 380 kilometrów, kilka kolejnych alpejskich przełęczy, ale tym razem cel dnia jest zupełnie inny. Z wysokich Alp chcemy zjechać do jednego z najbardziej spektakularnych miejsc południowej Francji – Kanionu Verdon.
Początek dnia nadal należy do gór. Jedziemy w kierunku Col de Vars, wspinając się ponownie powyżej 2000 metrów. Po kilku dniach w Alpach takie wysokości zaczynają wydawać się czymś niemal normalnym, chociaż krajobraz wciąż robi ogromne wrażenie.
Dalej kierujemy się na Col de la Cayolle. I tutaj charakter jazdy mocno się zmienia. Droga staje się węższa, bardziej dzika i zdecydowanie wolniejsza. Miejscami asfalt jest dosłownie wciśnięty pomiędzy skałę a przepaść. Nie jest to trasa do szybkiego pokonywania kilometrów – tutaj jedzie się dla samej drogi.
Kolejnym punktem jest Col des Champs. Mniej znana niż Galibier czy Vars, ale właśnie dzięki temu ma zupełnie inny klimat. Jest spokojniej, bardziej surowo i zdecydowanie mniej turystycznie. Po raz kolejny przekraczamy granicę 2000 metrów.
Za Col des Champs zaczynamy stopniowo opuszczać wysokie Alpy. Temperatura rośnie, skały ustępują zieleni, zmienia się roślinność i zabudowa. Coraz wyraźniej czuć południe Francji.
Ale najważniejszy punkt programu dopiero przed nami.
Kanion Verdon to jeden z głównych punktów całej naszej wyprawy. Turkusowa rzeka płynie głęboko pomiędzy ogromnymi wapiennymi ścianami, które miejscami wznoszą się kilkaset metrów ponad jej korytem.
Na motocyklu Verdon robi jeszcze większe wrażenie, bo nie oglądamy kanionu tylko z jednego punktu. Jedziemy drogami poprowadzonymi wysoko ponad przepaścią, zatrzymując się na kolejnych punktach widokowych.
Szczególnie warto przejechać Route des Crêtes – D23, spektakularną pętlę rozpoczynającą się w okolicach La Palud-sur-Verdon. Trzeba jednak zwrócić uwagę na kierunek przejazdu. Część Route des Crêtes jest jednokierunkowa, dlatego pętlę należy pokonywać zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Warto ustawić trasę w nawigacji właśnie w tym kierunku, zamiast pozwolić jej wyznaczyć przypadkowy objazd.
Sama droga jest atrakcją, ale warto zaplanować dodatkowy czas na postoje. Punktów widokowych jest wiele i praktycznie każdy pokazuje kanion z innej perspektywy.
Patrząc w górę, można wypatrzyć krążące nad kanionem duże ptaki drapieżne, w tym sępy, które wykorzystują prądy wznoszące nad skalnymi ścianami. Z kolei na niemal pionowych ścianach Verdon można dostrzec wspinaczy skałkowych – kanion jest jednym z najbardziej znanych rejonów wspinaczkowych we Francji.
Dopiero z punktu widokowego, kiedy kilkaset metrów niżej widać rzekę, nad głową krążą ptaki, a na przeciwległej ścianie można wypatrzyć maleńkie sylwetki wspinaczy, naprawdę widać skalę tego miejsca.
Po kilku dniach wysokich alpejskich przełęczy Verdon jest kompletnie innym doświadczeniem. Rano jedziemy jeszcze powyżej 2000 metrów przez Col de Vars, Cayolle i Col des Champs, a kilka godzin później krążymy motocyklem po krawędzi jednego z najbardziej imponujących kanionów Europy.

Po kilku dniach wysokich przełęczy, serpentyn i surowych krajobrazów Alp całkowicie zmieniamy klimat. Dzisiaj zamiast kolejnych dwutysięczników mamy Morze Śródziemne, palmy, mariny, luksusowe samochody i najbardziej znane miejscowości Lazurowego Wybrzeża.
Na mapie trasa wygląda niewinnie – niewiele ponad 200 kilometrów. W praktyce okazał się to jednak jeden z najbardziej czasochłonnych przejazdów całej wyprawy.
Pierwszym obowiązkowym punktem jest Saint-Tropez. I mimo tłumów oraz całej otoczki związanej z tym miejscem – zdecydowanie warto tu przyjechać.
Motocykle najlepiej zostawić i przynajmniej na chwilę przejść się po mieście. Jednym z punktów, którego nie chcieliśmy ominąć, było Musée de la Gendarmerie et du Cinéma – dawna siedziba żandarmerii znana z filmów z Louisem de Funèsem.
Jeżeli ktoś wychował się na „Żandarmie z Saint-Tropez”, wizyta tutaj jest właściwie obowiązkowa. Budynek znany z filmów stoi dokładnie tam, gdzie powinien, a dzisiaj mieści muzeum poświęcone zarówno żandarmerii, jak i historii kina w Saint-Tropez.
Po muzeum warto zejść do starego portu i zrobić rzecz zdecydowanie mniej motocyklową – usiąść na kawę pod charakterystycznymi czerwonymi parasolami, popatrzeć na jachty i przez chwilę po prostu poczuć atmosferę Saint-Tropez.
To jeden z tych postojów, których nie warto skracać tylko po to, żeby przejechać tego dnia więcej kilometrów.
Ze Saint-Tropez ruszamy dalej wzdłuż Morza Śródziemnego.
I tutaj ważna rada dla każdego, kto chciałby powtórzyć tę trasę motocyklem.
Jeżeli chcecie przejechać całe Lazurowe Wybrzeże „dla zaliczenia” – oczywiście można. My tak zrobiliśmy. Ale drugi raz niekoniecznie wybrałbym ten sam wariant.
Problemem nie są drogi ani widoki. Problemem jest ruch.
Ogromne korki, kolejne miejscowości praktycznie łączące się ze sobą, światła, ronda, samochody i bardzo wolne tempo jazdy. Na mapie widzisz 200 kilometrów i myślisz, że to krótki dzień. W rzeczywistości przejazd potrafi być wielogodzinną męczarnią.
Jeżeli celem jest przede wszystkim jazda motocyklem, rozważyłbym przejazd górą przez zaplecze Lazurowego Wybrzeża albo wykorzystanie fragmentów autostrady A8, a nad morze zjeżdżał tylko w miejscach, które rzeczywiście chcecie zobaczyć.
Jeżeli natomiast chcecie powiedzieć: „przejechałem Lazurowe Wybrzeże od Saint-Tropez do Menton” – wtedy jedziemy wybrzeżem.
Z Saint-Tropez trasa prowadzi przez Sainte-Maxime w kierunku Fréjus i Saint-Raphaël.
Dalej zaczyna się jeden z fragmentów, dla których mimo wszystko warto było wybrać drogę przy morzu – Corniche d’Or, biegnąca pomiędzy Morzem Śródziemnym a czerwonymi skałami masywu Estérel.
To jeden z najbardziej malowniczych odcinków całej Riwiery. Czerwona skała, intensywnie niebieskie morze i droga poprowadzona tuż przy wybrzeżu powodują, że na chwilę zapomina się o wcześniejszych korkach.
Dalej jedziemy przez Théoule-sur-Mer do Cannes.
Oczywiście przejeżdżamy słynną Croisette, mijając hotele, plaże, palmy i Palais des Festivals. Jeżeli ktoś jest tu pierwszy raz, warto zobaczyć Cannes, chociaż nie planowałbym na nie wielu godzin.
Następnie trasa prowadzi w kierunku Antibes, a dalej przez kolejne miejscowości Riwiery w stronę Nicei.
I właśnie na tym odcinku coraz mocniej zaczyna być odczuwalna wada jazdy całym wybrzeżem – praktycznie przestajemy wyjeżdżać z miasta. Jedna miejscowość przechodzi w kolejną, a średnia prędkość dramatycznie spada.
W Nicei oczywistym punktem jest Promenade des Anglais.
To miejsce zdecydowanie warto przejechać motocyklem – palmy, morze, charakterystyczna zabudowa i długa nadmorska promenada dają dokładnie ten obraz Lazurowego Wybrzeża, który znamy ze zdjęć.
Za Niceą robi się jeszcze ciekawiej, ponieważ w stronę Monako możemy wybierać pomiędzy trzema słynnymi drogami: Basse Corniche, Moyenne Corniche i Grande Corniche.
Jeżeli mamy czas i zależy nam na panoramach, warto zamiast najniższej drogi przy samym morzu wybrać jedną z wyższych corniche. To właśnie stamtąd pojawiają się najbardziej charakterystyczne widoki na zatoki, Èze i wybrzeże w kierunku Monako.
Kolejny obowiązkowy punkt to Monako.
Nie chodzi nawet o długie zwiedzanie. Sam przejazd motocyklem przez księstwo jest ciekawym doświadczeniem – port pełen jachtów, Monte Carlo, okolice kasyna i ulice znane z Grand Prix Formuły 1.
Po kilku dniach spędzonych na pustych alpejskich przełęczach kontrast jest ogromny.
Z Monako pozostaje już stosunkowo krótki odcinek przez Roquebrune-Cap-Martin do Menton, gdzie kończymy dzień praktycznie przy granicy francusko-włoskiej.
Saint-Tropez – zdecydowanie tak.
Muzeum Żandarma, spacer po porcie i kawa pod czerwonymi parasolami są warte poświęconego czasu.
Corniche d’Or – również tak. To jeden z najładniejszych fragmentów wybrzeża.
Nicea → Monako → Menton – warto zrobić przynajmniej raz, szczególnie wybierając jedną z widokowych corniche.
Natomiast przejeżdżanie całego Lazurowego Wybrzeża metr po metrze tylko dlatego, że biegnie przy morzu – niekoniecznie.
Korki są ogromne, jazda bardzo wolna i po kilku godzinach zamiast cieszyć się widokami zaczynamy patrzeć głównie na samochód stojący przed nami.
Gdybym planował tę trasę ponownie, zostawiłbym Saint-Tropez, Corniche d’Or oraz najciekawszy fragment Nicea–Monako–Menton, natomiast część zatłoczonych odcinków pokonałbym drogami w głębi lądu albo autostradą A8.
Ale jako doświadczenie? Warto było zrobić to raz.
Około 220 km. Saint-Tropez, Corniche d’Or, Cannes, Antibes, Nicea, Monako i Menton.

Szósty dzień zaczynamy praktycznie na poziomie morza w Menton, a kończymy po przejechaniu jednej z najwyżej poprowadzonych asfaltowych dróg w całych Alpach. Z GPX wychodzi tylko około 256 kilometrów, ale to kolejny przykład, że w górach liczba kilometrów niewiele mówi o długości dnia. Od startu do końca jesteśmy w drodze ponad 10 godzin, a najwyższy punkt zapisany przez GPS to około 2804 m n.p.m.
Po Lazurowym Wybrzeżu bardzo szybko zostawiamy za sobą morze, ruch i zabudowę. Z Menton kierujemy się w stronę Sospel, a stamtąd zaczyna się to, po co przyjechaliśmy w Alpy motocyklem.
Jednym z pierwszych punktów jest Col de Braus. Sama przełęcz nie imponuje wysokością, ale droga prowadząca na nią nadrabia wszystkim innym.
Serpentyny ułożone jedna nad drugą wyglądają z góry niemal jak narysowane od linijki. To jeden z tych fragmentów, gdzie warto zatrzymać się nie tylko na szczycie, ale również znaleźć miejsce, z którego dobrze widać całą wijącą się po zboczu drogę.
Po kilku godzinach spędzonych poprzedniego dnia w korkach Lazurowego Wybrzeża wracamy wreszcie do właściwego środowiska motocykla.
Dalej jedziemy na Col de Turini.
To jedna z najbardziej znanych przełęczy południowych Alp, mocno związana z historią Rajdu Monte Carlo. Wąska droga, las, ślepe zakręty i kolejne nawroty powodują, że Turini ma zupełnie inny charakter niż wysokie, otwarte przełęcze takie jak Galibier.
Tutaj nie chodzi o wysokość. Chodzi o drogę. Na szczycie warto zrobić postój, napić się kawy i dopiero później ruszyć dalej.
Za Turini nie wybieramy najprostszego wariantu. Kierujemy się przez Utelle, korzystając z mniejszych lokalnych dróg.
To oznacza wolniejszą jazdę, ale daje dokładnie to, czego szukamy podczas tej wyprawy – mniej samochodów, małe miejscowości przyklejone do zboczy i drogi, których prawdopodobnie nigdy nie wybralibyśmy, jadąc samochodem z punktu A do B.
W końcu docieramy do doliny Tinée i zaczynamy przesuwać się ponownie w stronę wysokich Alp.
I wtedy rozpoczyna się najważniejsza część dnia.
Droga zaczyna systematycznie piąć się w górę. Znikają miejscowości, później drzewa, a krajobraz staje się coraz bardziej surowy.
Jedziemy w stronę Col de la Bonette.
Sama przełęcz ma 2715 m n.p.m., ale prawdziwą atrakcją jest dodatkowa pętla wokół szczytu Cime de la Bonette. Droga wspina się tam do około 2802 m n.p.m.
I tę pętlę zdecydowanie warto zrobić. To najwyższy punkt naszego dzisiejszego GPX – urządzenie zapisało około 2804 metrów.
Widoki są kompletnie inne niż rano. Zaledwie kilka godzin wcześniej ruszaliśmy znad Morza Śródziemnego, wśród palm i nadmorskiej zabudowy Menton. Teraz stoimy w niemal księżycowym krajobrazie, otoczeni skalistymi szczytami.
To właśnie ta różnica wysokości robi w tym dniu największe wrażenie.
Po Bonette rozpoczynamy długi zjazd w stronę Jausiers i doliny Ubaye.
Po całym dniu zakrętów tempo wcale specjalnie nie rośnie. Nadal jesteśmy w górach, ale krajobraz ponownie zaczyna się zmieniać. Wracają drzewa, zabudowania i życie.
Dzień kończymy w okolicach Barcelonnette.
I dopiero wtedy dobrze widać, jak nietypowa była dzisiejsza trasa.
Rano Menton i Morze Śródziemne – praktycznie 0 m n.p.m.
Po drodze Braus i Turini.
A kilka godzin później Cime de la Bonette – ponad 2800 m n.p.m.
To ponad 2,8 kilometra różnicy wysokości w ciągu jednego dnia.
256 km. Ponad 10 godzin w drodze. Col de Braus, legendarne Turini i na finał Cime de la Bonette.

Siódmy dzień naszej wyprawy to niespełna 300 kilometrów, ale na tej trasie dystans ponownie niewiele mówi. Praktycznie cały dzień spędzamy w wysokich Alpach, a GPX prowadzi nas przez kilka przełęczy należących do absolutnej klasyki francuskich dróg motocyklowych.
To również dzień, w którym po raz kolejny przekraczamy 2600 metrów, a najwyższy punkt zapisany przez GPS znajduje się na wysokości 2771 m n.p.m.
Ruszamy z okolic Barcelonnette i niemal od razu zaczynamy wspinaczkę.
Pierwszym celem jest Col de Vars – 2109 m n.p.m. Po Bonette z poprzedniego dnia 2100 metrów może już nie robić wielkiego wrażenia na papierze, ale droga szybko przypomina, że wciąż jesteśmy w sercu francuskich Alp.
Z Vars zjeżdżamy w stronę Guillestre i kierujemy się dalej na północ.
Kolejny punkt to Col d’Izoard – 2360 m n.p.m.
Izoard ma zupełnie inny charakter niż przełęcze, którymi jechaliśmy wcześniej. Szczególnie charakterystyczny jest fragment Casse Déserte – surowy, niemal pustynny krajobraz pełen poszarpanych skał.
Droga jest świetna motocyklowo, ale warto tutaj zwolnić. Nie tylko ze względu na zakręty – po prostu szkoda przejechać ten fragment bez kilku postojów na zdjęcia.
Po przekroczeniu Izoard zjeżdżamy w kierunku Briançon.
Z Briançon ruszamy drogą D1091 w kierunku Col du Lautaret – 2058 m n.p.m.
I właśnie tutaj zaczyna się kolejna wielka alpejska wspinaczka – Col du Galibier.
Galibier znamy już z wcześniejszego etapu naszej wyprawy. Tym razem jedziemy nim w przeciwnym kierunku.
I okazuje się, że warto.
Ta sama przełęcz oglądana z drugiej strony potrafi wyglądać jak zupełnie inna droga. Zmieniają się panoramy, sposób prowadzenia zakrętów i perspektywa na otaczające szczyty.
Na szczycie ponownie jesteśmy na wysokości około 2640 m n.p.m.
Po Galibier jedziemy dalej przez dolinę Maurienne w stronę Bonneval-sur-Arc.
I tutaj czeka na nas główny punkt drugiej części dnia – Col de l’Iseran.
Droga zaczyna ponownie piąć się wysoko ponad dolinę, a krajobraz staje się coraz bardziej surowy.
Col de l’Iseran ma 2770 m n.p.m. i należy do najwyżej położonych utwardzonych przełęczy drogowych Alp. Nasz GPS na szczycie zapisuje 2771 metrów – najwyższy punkt całego dzisiejszego śladu.
Po tylu dniach jazdy można byłoby pomyśleć, że kolejne wysokie przełęcze zaczną wyglądać podobnie.
Nie zaczynają.
Iseran jest ogromny, otwarty i surowy. Przy dobrej pogodzie widoki ciągną się daleko w głąb Alp, a droga poprowadzona po zboczu świetnie pokazuje skalę gór.
Z Iseran rozpoczynamy zjazd przez Val-d’Isère.
Po wielu godzinach spędzonych na przełęczach stopniowo tracimy wysokość i kierujemy się w stronę Bourg-Saint-Maurice, gdzie kończymy siódmy dzień.
GPX pokazuje około 295 kilometrów. Niby niewiele.
Ale w tych 295 kilometrach mieszczą się:
Vars – Izoard – Lautaret – Galibier – Iseran.
Pięć wielkich alpejskich przełęczy w ciągu jednego dnia.
I właśnie takie dni najlepiej pokazują, dlaczego w Alpach nie warto planować trasy wyłącznie na podstawie liczby kilometrów. Tutaj 300 kilometrów może oznaczać pełny dzień jazdy od rana do wieczora.
295 km. Pięć przełęczy. Trzykrotnie powyżej 2300 metrów i finał na 2770 m.

Po kilku dniach spędzonych na najwyższych przełęczach Francji zaczynamy powrót na wschód. Nie oznacza to jednak końca alpejskiej jazdy. Wręcz przeciwnie – pierwsza część dnia daje jeszcze jeden bardzo dobry fragment górskiej trasy i pozwala pożegnać Francję w odpowiednim stylu.
Z Bourg-Saint-Maurice ruszamy na Col du Petit-Saint-Bernard, którym przekraczamy granicę francusko-włoską. Z wysokich Alp droga stopniowo sprowadza nas do Doliny Aosty. Po wielu dniach jazdy przez przełęcze różnica jest wyraźna – robi się cieplej, dolina się rozszerza, a krajobraz zaczyna mieć coraz bardziej włoski charakter.
W okolicach Aosty zdecydowanie warto odbić z głównego ciągu i wybrać SR41, a następnie SR42 i SR11.
To właśnie taki fragment, dla którego warto czasem zignorować sugestię nawigacji. Droga prowadzi wyżej nad doliną, przez niewielkie miejscowości i lokalne włoskie drogi. Jedziemy wolniej niż główną trasą, ale zamiast ruchu tranzytowego dostajemy zakręty, widoki na dolinę, które zapierają dech w piersiach i zupełnie inny klimat.
SR41 → SR42 → SR11 zdecydowanie wpisałbym jako punkty obowiązkowe tego etapu.
Ten dzień ma jedną dużą zaletę: nie trzeba z góry decydować, jak przejechać jego drugą połowę.
Jeżeli po Aostcie mamy jeszcze czas i ochotę na spokojną jazdę, możemy pozostać przy wariancie bez autostrad. Trasa prowadzi wtedy zwykłymi włoskimi drogami, przez mniejsze miasta i wsie. Nie ma tu jednej spektakularnej przełęczy będącej celem samym w sobie – atrakcją jest raczej obserwowanie zwykłych północnych Włoch z perspektywy motocykla.
Trzeba jednak uczciwie powiedzieć: po kilku godzinach taki odcinek może zacząć się dłużyć.
Dlatego mniej więcej w połowie dnia warto spojrzeć na zegarek i podjąć decyzję.
Jeżeli jesteśmy zmęczeni albo chcemy mieć więcej czasu wieczorem, przechodzimy na szybszy wariant autostradowy. Oszczędzamy około godziny i możemy przeznaczyć ją na Como, spacer nad jeziorem, kolację albo spokojne szukanie noclegu.
Jeżeli czasu mamy dużo – zostajemy na lokalnych drogach i omijamy autostrady do samego końca.
Finał dnia to całkowita zmiana scenerii. Zamiast wysokich przełęczy pojawia się Lago di Como – woda, włoskie miasteczka przyklejone do zboczy i góry wyrastające niemal bezpośrednio z jeziora.
Jeśli następnego dnia ruszamy dalej na wschód, warto nocować przy zachodnim brzegu Como. Daje to możliwość rozpoczęcia kolejnego etapu od jednej z najładniejszych dróg nad jeziorem – SS340, Via Regina, prowadzącej przez miejscowości północnej części jeziora.
Po tygodniu przełęczy jest to bardzo przyjemna odmiana: motocykl zostaje pod hotelem, a dzień można zakończyć włoską kolacją nad wodą.

Po wieczorze nad Como wracamy w góry. Dzisiejsza trasa ma zupełnie inny charakter niż poprzednie dni – zaczynamy niemal nad samą wodą, przejeżdżamy przez długie włoskie doliny, a po drodze pokonujemy kilka przełęczy. Celem jest Val Venosta – już w rejonie, z którego następnego dnia możemy ruszyć w stronę Stelvio.
Pierwsze kilometry prowadzą wzdłuż zachodniego brzegu Lago di Como. Jedziemy na północ przez okolice Menaggio, Gravedony i Domaso w kierunku Colico.
To zdecydowanie nie jest odcinek, który warto rano „przeskoczyć”. Droga biegnie pomiędzy jeziorem a stromymi zboczami gór, przecina niewielkie miejscowości, co chwilę otwierając widok na wodę i przeciwległy brzeg.
Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość – nad Como jedzie się wolno. Wioski, ronda, lokalny ruch i wąska zabudowa sprawiają, że kilometry uciekają znacznie wolniej, niż sugerowałaby mapa.
Za Colico żegnamy jezioro i wjeżdżamy do Valtelliny. Krajobraz ponownie staje się zdecydowanie bardziej alpejski, a droga prowadzi na wschód w kierunku Sondrio.
W okolicach Tirano odbijamy w góry i rozpoczynamy wjazd na Passo dell’Aprica – 1176 m.
Po spokojniejszym przejeździe doliną wreszcie wracają zakręty. Aprica nie imponuje wysokością w porównaniu z Galibierem, Iseranem czy Bonette, które mamy już za sobą, ale bardzo dobrze łączy Valtellinę z kolejną częścią trasy.
I przede wszystkim prowadzi nas do znacznie wyższej przełęczy.
Kolejnym punktem jest Passo del Tonale – 1883 m.
Droga ponownie wspina się wysoko w Alpy, a otoczenie staje się coraz bardziej surowe. Sama przełęcz jest mocno zagospodarowana i nie ma dzikiego charakteru francuskich przełęczy, ale panorama otaczających ją masywów zdecydowanie rekompensuje bardziej turystyczną zabudowę.
Za Tonale zaczynamy długi zjazd przez Val di Sole. I tutaj charakter dnia zmienia się kolejny raz – wysokie góry ustępują zielonym dolinom, sadom i niewielkim miejscowościom północnych Włoch.
Zamiast wybierać najprostszą drogę w stronę Merano, GPX prowadzi nas przez Val di Non, a następnie na kolejną przełęcz – Passo delle Palade / Gampenpass – 1518 m.
To właśnie takie drogi często okazują się jednymi z przyjemniejszych podczas całej wyprawy. Nie ma tutaj tłumów ustawiających się do zdjęcia przy tablicy z nazwą przełęczy. Jest za to płynna jazda, las, zakręty i coraz bardziej charakterystyczny krajobraz Południowego Tyrolu.
Po drugiej stronie Palade droga sprowadza nas w okolice Merano.
Merano jest dobrym miejscem na późny obiad albo kawę, ale nie kończymy tutaj dnia. Jedziemy jeszcze na zachód, w głąb Val Venosta / Vinschgau.
To już zupełnie inny fragment Włoch. Wokół pojawiają się sady i winnice, miejscowości mają coraz bardziej tyrolski charakter, a niemieckie nazwy zaczynają funkcjonować obok włoskich.
Nocleg warto znaleźć właśnie w tej części doliny. Dzięki temu następnego ranka jesteśmy dobrze ustawieni, żeby ruszyć dalej w kierunku Prato allo Stelvio i Passo dello Stelvio, bez konieczności tracenia pierwszych godzin dnia na dojazd. Polecajka: Hotel Vermoi
Po Como jest to także symboliczny powrót do właściwego charakteru naszej wyprawy. Wczoraj jezioro i włoskie miasteczka, dzisiaj ponownie przełęcze, a przed nami jeden z najbardziej rozpoznawalnych asfaltów całych Alp.
Około 320 km. Lago di Como, Valtellina, Aprica, Tonale, Val di Non, Passo delle Palade i Val Venosta.

Dziesiąty dzień to jeden z najbardziej różnorodnych etapów całej wyprawy. Zaczynamy od jednej z ikon motocyklowych Alp – Passo dello Stelvio, później zatrzymujemy się przy zatopionej wieży kościoła w jeziorze Reschensee, przejeżdżamy przez Tyrol i kapitalne Kühtai, a na koniec czeka nas płatna alpejska droga przez Gerlos i jedne z najbardziej imponujących wodospadów Austrii.
GPX pokazuje około 500 km, częściowo autostradami, ale nie jest to dzień na długie zwiedzanie. Warto ruszyć wcześnie.
Jeżeli mamy możliwość zaplanowania całej wyprawy z wyprzedzeniem, Stelvio najlepiej zostawić na poniedziałek–czwartek i pojawić się tutaj wcześnie rano.
W weekendy jedna z najbardziej znanych przełęczy Europy potrafi zamienić się w bardzo zatłoczoną atrakcję turystyczną. Motocykle, samochody, kampery i rowerzyści spotykają się na tych samych ciasnych nawrotach i cała magia drogi trochę znika.
Wczesny poranek w dzień roboczy to zupełnie inne Stelvio. Mniejszy ruch pozwala skupić się na samej drodze, widokach i kolejnych serpentynach.
Jeżeli więc układacie tę trasę samodzielnie: poniedziałek–czwartek, możliwie wcześnie rano. Weekendy, jeśli tylko można, odpuścić.
Po Stelvio kierujemy się przez Val Venosta w stronę Reschenpass, ale po drodze mamy miejsce, przy którym zdecydowanie warto się zatrzymać.
To Graun im Vinschgau / Curon Venosta nad Reschensee.
Z wody wystaje tutaj samotna XIV-wieczna wieża kościoła – pozostałość po dawnej miejscowości Curon. Po utworzeniu sztucznego jeziora w XX wieku zabudowania znalazły się pod wodą, a wieża stała się symbolem całej doliny.
To krótki postój, ale bardzo charakterystyczny. Motocykle można zostawić w pobliżu jeziora, podejść nad wodę, zrobić kilka zdjęć i po kilkunastu minutach ruszać dalej.
Po przekroczeniu granicy z Austrią kierujemy się przez Tyrol w stronę Innsbrucka. Można byłoby po prostu przejechać głównymi drogami na wschód, ale zdecydowanie szkoda byłoby tak zakończyć alpejską część wyprawy.
Dlatego kolejnym punktem jest Kühtai.
Droga wspina się na ponad 2000 m n.p.m. i jest jednym z tych odcinków, które mogą pozytywnie zaskoczyć bardziej niż znacznie słynniejsze przełęcze. Dobre zakręty, wysokogórska sceneria, zbiorniki wodne i zdecydowanie mniej turystycznego zamieszania niż na Stelvio.
Kühtai to jeden z najładniejszych motocyklowych fragmentów tego dnia i zdecydowanie nie warto zamieniać go na szybszy przejazd główną drogą.
Ostatnią dużą atrakcją dnia jest Gerlos Alpenstraße – płatna droga alpejska prowadząca w stronę Krimml.
I tutaj znowu warto nie patrzeć wyłącznie na czas przejazdu. To bardzo widokowa trasa, z panoramami Wysokich Taurów i punktami, przy których aż chce się zatrzymać motocykl.
Największą atrakcją są jednak Krimmler Wasserfälle – wodospady Krimml.
Woda spada tutaj trzema kaskadami z łącznej wysokości około 380 metrów, dzięki czemu Krimml należą do najwyższych wodospadów Europy. Nie trzeba planować kilkugodzinnej pieszej wycieczki – przy takim motocyklowym dniu wystarczy zatrzymać się w jednym z punktów widokowych i zobaczyć wodospad z perspektywy drogi.
Po Gerlos zostaje już ostatnia część trasy w kierunku Salzburga. Po około 460 kilometrach można zakończyć dzień gdzieś przed miastem albo po jego drugiej stronie – zależnie od tego, ile kilometrów chcemy zostawić sobie na ostatni etap do Polski.
Około 500 km. Stelvio, Reschensee i zatopiona wieża w Graun, Kühtai, Gerlos Alpenstraße oraz wodospady Krimml.
To była trasa ułożona przede wszystkim pod jazdę motocyklem. Nie chodziło nam o zaliczanie kolejnych miast czy spędzanie połowy dnia w muzeach. Chcieliśmy jechać – przez najlepsze alpejskie drogi, wysokie przełęcze, małe miejscowości i miejsca, dla których warto zatrzymać motocykl choćby na kilkanaście minut.
I dokładnie tak wyglądała ta podróż.
Opisane w tym przewodniku etapy obejmują 10 dni właściwej Wielkiej Pętli Alpejskiej, rozpoczynającej się i kończącej w okolicach Salzburga.
Do tego trzeba doliczyć dojazd w Alpy i powrót do domu. W naszym przypadku oznaczało to jeszcze 2–3 dni.
Nie planowałbym jednak całej wyprawy „na styk”. Alpy potrafią błyskawicznie zweryfikować nawet najlepszy plan. Deszcz, śnieg na wysokiej przełęczy, zamknięta droga, awaria motocykla czy zwyczajna chęć pozostania gdzieś dzień dłużej mogą całkowicie zmienić harmonogram.
Dlatego na tę trasę warto przeznaczyć minimum 14 dni, a najlepiej 14–16 dni.
Daje to 10 dni na właściwą pętlę, 2–3 dni na dojazd i powrót oraz 1–2 dni rezerwy na pogodę, awarie, zamknięte przełęcze albo spontaniczną zmianę planów.
Nas najbardziej interesowała sama jazda.
Mieliśmy przy tym ogromne szczęście do pogody. Przez większość wyprawy ruszaliśmy około 9:00 rano i kończyliśmy około 19:00. Zdarzały się jednak dni, kiedy zamknięta przełęcz albo konieczność znalezienia objazdu przesuwały przyjazd do hotelu nawet na 21:00.
Dlatego podane przy poszczególnych dniach czasy trzeba traktować orientacyjnie. 300 km w Alpach nie ma nic wspólnego z 300 km autostrady.
Czas pochłaniają serpentyny, postoje na przełęczach, zdjęcia, kawa, tankowanie, obiad, remont drogi czy po prostu widok, przy którym trudno się nie zatrzymać.
I właśnie dlatego nie warto przesadnie napinać harmonogramu.
Po tej wyprawie pierwsze dwa tygodnie września uważam za świetny termin na motocyklową podróż po Alpach.
Dni są jeszcze stosunkowo długie, może być słonecznie i ciepło, a największy wakacyjny ruch jest już za nami. Hotele i noclegi bywają łatwiej dostępne, a część z nich jest również tańsza niż w szczycie sezonu.
Wrzesień nie daje jednak gwarancji pogody. Na wysokości 2000–2800 m warunki potrafią zmienić się błyskawicznie. Dobrze pokazuje to choćby aktualny portal TCS: 22 września na Flüelapass było około –1,7°C, podczas gdy niżej w dolinach temperatury były wielokrotnie wyższe.
Dlatego im dalej w drugą połowę września, tym ostrożniej układałbym trasę.
Po około 20 września trzeba już szczególnie uważnie sprawdzać warunki i przejezdność wysokich przełęczy. Część dróg funkcjonuje znacznie dłużej, ale pierwsze opady śniegu mogą spowodować czasowe zamknięcia, a niektóre drogi wysokogórskie zaczynają pracować w skróconych godzinach. Przykładowo Grossglockner od 1 września działa już tylko do 19:30, z ostatnim wjazdem o 18:45.
Licząc główne przełęcze, które pojawiają się w opisanych etapach, wychodzi ponad 20 dużych przełęczy alpejskich. Wśród nich są m.in. Flüela, Oberalp, Furka, Grimsel, Brünig, Col du Pillon, Colombière, Aravis, Télégraphe, Galibier, Lautaret, Vars, Cayolle, Champs, Braus, Turini, Bonette, Izoard, Iseran, Petit-Saint-Bernard, Aprica, Tonale i Stelvio.
Do tego dochodzą mniejsze przełęcze i drogi wysokogórskie oraz takie fragmenty jak Cime de la Bonette, Kühtai czy Gerlos Alpenstraße.
Nie traktowałbym jednak ich liczby jako celu samego w sobie. Po dziesięciu dniach najlepiej pamięta się nie tablice z wysokością, lecz konkretne drogi: serpentyny Furki, księżycowy krajobraz Galibier, dzikość Cayolle, widok z Bonette, turkus Verdon, zatopioną wieżę w Graun czy pierwsze poranne zakręty Stelvio.
Z opisanych dni wychodzi około 3000–3200 km samej właściwej pętli alpejskiej.
Po doliczeniu dojazdu z Polski i powrotu do Opola cała wyprawa zamyka się w okolicach 4500 km.
I tutaj liczba kilometrów trochę oszukuje. W Alpach ważniejsze od dystansu jest to, ile godzin spędzamy w siodle. Wiele etapów miało zaledwie 300–400 km, a mimo to wypełniało nam cały dzień.
Tak, ale nie próbowałbym odtwarzać jej dzień po dniu.
Największą zaletą tej pętli jest właśnie możliwość modyfikowania jej w czasie podróży. Zamknięta przełęcz? Jedziemy inną. Pogoda załamuje się we Francji? Zmieniamy kierunek. Mamy świetny dzień i chcemy jechać dłużej? Rezerwujemy hotel 100 km dalej.
Plan powinien wyznaczać kierunek, a nie odbierać przyjemność z podróży.
I chyba właśnie to jest najważniejsza rzecz, którą zabrałem z tej wyprawy.
10 dni. Około 3000–3200 km alpejskiej pętli. Ponad 20 dużych przełęczy. Austria, Szwajcaria, Francja i Włochy. Od wysokich Alp po Morze Śródziemne i z powrotem w góry.
Wielka Pętla Alpejska nie jest trasą do „zaliczenia”. To baza, z której można zbudować własną motocyklową przygodę. 🏍️🏔️🇦🇹🇨🇭🇫🇷🇮🇹
Przygotowałem kompletną mapę trasy oraz pliki GPX wszystkich etapów, dokładnie na podstawie naszej wyprawy.
Pakiet zawiera trasę podzieloną na dni, najważniejsze przełęcze i punkty pośrednie, warianty przejazdu oraz moje praktyczne podpowiedzi dotyczące miejsc, w których warto się zatrzymać lub zmodyfikować trasę.
Pobierz kompletną trasę Wielkiej Pętli Alpejskiej → [LINK DO ZAKUPU] – wkrótce
Dystans: 2500 km po Alpach + 1500 km dojazd i powrót = 4 000 km razem
Paliwo: około 2 EUR/litr (wszędzie podobnie) **40 x 5,5l x 2EU = 440 Euro
Winiety i opłaty: około 120 EUR (przełęcze, tamy, muzea)
Noclegi: 50-65 EUR/os za noc (pokoje 2-3 osobowe ze śniadaniem) Booking – razem 9 x 50 Eu = 450 euro ze śniadaniami
Jedzenie: 20-40 EUR/os za obiad/kolację z napojami. 18 x 30 EU = 540 euro
Podsumowując trzeba się nastawić na 1500 do 200 euro.
Przy ostrej jeździe (szczególnie po Tremoli) opony nikną w oczach. Moje przed wyjazdem: 1 500 km, po powrocie: czas na nowe. Kolega na Africa Twin miał przed Alpami 8 000 km – po 5 dniu wymieniał komplet w trasie.
To nie jest żart. Weź zapasowe albo miej fundusz na wymianę.
Bo to nie są zwykłe wakacje. To pielgrzymka.
Każdy motocyklista powinien chociaż raz w życiu przejechać Stelvio, przeczołgać się po Tremoli, posłuchać marmot na Grossglockner i zjechać w dół tą wąską drogą na granicy austriacko-włoskiej.
To są chwile, które zostają na zawsze.
Nie czekaj na idealny moment. Idealny moment to teraz.
Pakuj manatki, sprawdź opony i jedź. Alpy czekają.
Buduję samodzielne firmy i pomagam innym robić to samo, aby mieć czas i środki na podróże. Bo życie jest za krótkie na nudę.
Poniżej znajdziesz w moich mapach Google’a zaznaczone sto alpejskich przełęczy z książki, dokładnie pod tym samym tytułem. Szerokości👋
Alpy, Alpy austriackie, Alpy francuskie, Alpy włoskie, Bez kategorii, Dolomity
14 wrz 2026
Toskania, Włochy
14 lis 2025
Norwegia
13 lis 2025